Jesteś normalny czy jesteś chrześcijaninem?
Ewangelicy.pl: Kościół ewangelicki jest wrogiem wiary – tak przynajmniej twierdziła AfD w swoim programie wyborczym dla Saksonii-Anhalt.
Biskup regionalny dr Johann Schneider: Oczywiście, że nie jest. To przeinaczanie faktów. To postawa antykościelna, która pierwotnie miała raczej lewicowy rodowód, a z czasem przekształciła się w radykalnie prawicową. Swoje idee czerpie w sposób dowolny, po części z rozmaitych środowisk ewangelikalnych i neokatolickich. Większość tych ludzi należałoby nazwać nie ateistami, lecz apateistami. Z Kościołami nie mają nic wspólnego, ale ich ideologia ma fundamentalistyczne podłoże: „Tylko my reprezentujemy to, co prawdziwie chrześcijańskie” – to klasyczne stanowisko sekty, mówiącej: to my jesteśmy prawdziwi, a wy zostaliście zwiedzeni, bo politycznie opowiadacie się po stronie postępowców i ochrony klimatu.
I tu musimy przyznać, że czasem sami dawaliśmy im pożywkę – na przykład wtedy, gdy jako Kościół opowiedzieliśmy się za ograniczeniem prędkości na autostradach do 130 km/h i uznaliśmy to za protestancką maksymę etyczną.
Co w takim razie poszło nie tak? W Saksonii-Anhalt co trzeci ewangelik głosował na AfD. W Meklemburgii-Pomorzu Przednim było niewiele inaczej. Czy to nie jest kryzys wiarygodności Kościoła, zwłaszcza Kościołów ewangelickich w obu tych krajach związkowych?
Tak właśnie jest. O tej utracie wiarygodności słyszeliśmy już w zeszłym roku na konferencji biskupów. Po pierwsze, ludzie w naszym Kościele są raczej starsi; większość ma ponad sześćdziesiąt lat. Po drugie, oficjalne stanowiska Kościoła i życie parafii to dwa oddzielne światy. Jako kierownictwo Kościoła bardzo wyraźnie opowiedzieliśmy się przeciwko AfD. Wcześniej było to o wiele mniej jednoznaczne. Zarzuca się nam, że politycznie utożsamiamy się raczej z centrolewicowo-liberalną częścią sceny partyjnej, z SPD i Zielonymi, nieco mniej z CDU. Liczby pokazują nam wyraźnie: ewangelikom jest zupełnie obojętne, co mówią duchowni czy władze Kościoła.
Nazajutrz po wyborach „Frankfurter Allgemeine Zeitung” opublikowała wymowny tekst zatytułowany „Aus tiefer Not schrei ich” („Z głębokości wołam”), co było nawiązaniem do Psalmu 130. Autor był w wyborczą niedzielę na nabożeństwie w Kościele Zamkowym w Wittenberdze. Pisał, że wizyta w ewangelickim Kościele krajowym okazuje się wejściem w sferę nieświadomości. Czy to prawda?
Kościół ewangelicki jest pod wieloma względami Kościołem zmęczonym, bo lokalnie ma niewiele zasobów, a do tego jest nas coraz mniej. Toczymy nierówną walkę z przeciążeniem. Jesteśmy Kościołem, który ma najwięcej budynków i najmniej chrześcijan w całych Niemczech, a pewnie i w całej Europie. Mamy też duchownych, którzy obsługują po 25 parafii, a kiedy odchodzą na emeryturę, to nie ma, póki co, tam kogo posłać.
Parafie z liczną kadrą to absolutny wyjątek. W zborach jest niewiele osób, które mogą i chcą brać na siebie odpowiedzialność. Do tego dochodzi brak duchowości. Ludzie to wyczuwają, i tu muszę też powiedzieć samokrytycznie, nie wyłączając siebie: bardzo mocno się zeświecczyliśmy. Tematy, które podejmujemy publicznie, mają charakter świecki. Kluczowe pytania chrześcijańskie pozostają w tyle.
Ale czy naprawdę potrzeba do tego AfD, żeby to wszystko sobie uświadomić? Przecież te duchowe braki są wasze własne. Ksiądz biskup należy do kierownictwa Kościoła, które składa się z wysoko wykwalikowanych ludzi.
Oczywiście, że nie potrzeba do tego AfD. Nie chciałbym zostać źle zrozumiany: mamy bardzo dobrych ludzi, którzy w każdą niedzielę i każdego dnia działają na rzecz swojego Kościoła. Mamy przecież pobożnych i zaangażowanych członków parafii. Tylko że to nie przebija się wystarczająco do opinii publicznej.
Czy chodzi tylko o obecność w mediach? Analizy powyborcze potwierdzają, że AfD udało się to, czego nie potrafiły inne partie, a przede wszystkim Kościoły: wytworzyć poczucie wspólnoty. Przecież Kościoły, dzięki swoim budynkom i infrastrukturze, są obecne niemal w każdej wsi, zwłaszcza w Saksonii-Anhalt.
No, właśnie nie. To oczywiste, że partia potrafi grać na emocjach, podczas gdy Kościół jest dziś niemal rozbity w pył. Nasze parafie wciąż mają poczucie wspólnoty (Wir-Gefühl), ale to poczucie nie jest dualistyczne, nie jest czarno-białe. AfD to się udało. U nas „my i inni” wciąż ma charakter włączający, inkluzyjny. Oznacza to, że parafia nie jest takim ciepłym, przytulnym schronieniem, jakim może być ugrupowanie polityczne, które zawsze definiuje się w opozycji do innych. AfD udało się przedstawić się jako moralnie lepszych od pozostałych. W zborze nie ma tego w aż takiej skali. Jesteśmy wspólnotą bardzo różnorodną pod względem światopoglądu, płci i wieku. Jeśli ktoś buduje poczucie wspólnoty przez wykluczanie, trzeba to nazwać czymś diabolicznym.
Co zaskakujące, skrajna lewica i skrajna prawica przyciągają w ten sposób przede wszystkim ludzi, którzy szukają emocji i niewiele miejsca zostawiają racjonalności. To, co organizujemy w kościołach – i mówię to samokrytycznie – są bardzo racjonalne. Podobnie i kazania. A ludzie, pracujący w Kościele, są ukształtowani zupełnie inaczej niż większość wyborców AfD.
Ma ksiądz biskup na myśli wielokrotnie wskazywaną przez ekspertów lukę reprezentacji?
Tak, większość naszych duchownych, kobiet i mężczyzn, a także muzyków kościelnych mieszka w mieście. Na wsi mieszka ich niewielu i nie chcą się tam przenosić. Młodsi w ogóle nie chcą iść na wieś. Mamy ogromne trudności z obsadzeniem wiejskich parafii. Przykład: mamy wiele takich miejscowości jak tutaj, w regionie Mansfeld. Tam około 80% mieszkańców głosowało na AfD, a na miejscu nie ma duchownego. Nabożeństwo odbywa się dwa, trzy razy w roku, a to zdecydowanie za mało.
Przy każdych wyborach do landtagów i do Bundestagu Kościoły są bardzo aktywne – zarówno diecezje rzymskokatolickie, jak i ewangelickie Kościoły krajowe. I wciąż słyszy się tę samą narrację: musimy słuchać ludzi, musimy to czy tamto. Te hasła w dużej mierze zaczęły żyć własnym życiem. Słyszy się je zarówno od duchownych, jak i od polityków wszelkich opcji: musimy docierać do ludzi z miejsca, w którym się znajdują. Brzmi to strasznie protekcjonalnie. Co Kościół może teraz zrobić? Może skapitulować?
Jestem raczej umiarkowany i czasem mam odmienne zdanie, także dlatego, że przyjechałem z zagranicy. Jesteśmy bardzo prowincjonalnym Kościołem i byłem sceptyczny wobec kampanii, które prowadziliśmy – choć nie wobec ich treści. Hasła „Serce zamiast szczucia” czy „Nasz krzyż nie ma haków” są mocno upolitycznione i mają określony wydźwięk, jakby wszyscy byli nazistami, a przecież nie są. Wśród wyborców istnieje dość głęboka tęsknota za poczuciem wspólnoty, które niestety ma charakter wykluczający czy wręcz ksenofobiczny, a zarazem próbują oni traktować poważnie tożsamość narodową, która w Niemczech jest raczej tematem tabu.
Zawsze mówię: „Jestem dumnym Sasem siedmiogrodzkim. Jestem dumny nie dlatego, że jestem dumny ze swojej historii, lecz z tego, że osiem narodów żyło razem w jednym kraju. Jestem dumny z tego, że od średniowiecza i przez stulecia, mimo wszelkich napięć, udawało się nam dobrze żyć razem z Rumunami, Węgrami, Romami, Ormianami i Grekami”. W Niemczech tego nie ma i prawicowo-ekstremistyczni populiści umieją to skutecznie wykorzystać. Zamiast tego należałoby podkreślać: niemieckość powinna zawsze włączać, nigdy wykluczać.
Po wyborach socjologowie i politolodzy zwracali uwagę, że w Saksonii-Anhalt zamknięto dziesiątki tysięcy knajp. Oznacza to, że ludzie nie mają tam miejsca, w którym mogliby się spotykać. Z polskiej perspektywy trzeba zapytać, dlaczego mówi się o knajpach, a nie o parafiach jako miejscach spotkań. Przecież Kościoły we wschodnich Niemczech mają swoje doświadczenie z czasów NRD. Co nie działa? Jak Kościół może temu przeciwdziałać?
Przede wszystkim w Saksonii-Anhalt, w Brandenburgii i podobnie w części Meklemburgii-Pomorza Przedniego rzeczywiście nie ma już przestrzeni publicznych. Miejsc, w których można było publicznie ponarzekać, już nie ma. Zdecydowana większość mieszkańców Saksonii-Anhalt to nie ateiści, lecz apateiści, według zasady „I don’t care”. To także spuścizna NRD. Takich ludzi trudno jest ściągnąć do kościoła, oni by tam nigdy nie weszli. Jest pewien opór. Wejście do kościoła jest, powiedziałbym, porównywalne z czymś takim: ile razy był pan w Sali Królestwa Świadków Jehowy?
Ani razu.
No, właśnie. A dlaczego pan tam nie chodzi? Dokładnie tak samo myśli o nas przeciętny mieszkaniec Saksonii-Anhalt. Jesteśmy jak Świadkowie Jehowy. Nie przychodzi mu nawet do głowy, żeby tam pójść. To jest bariera. Tego się nie robi. Osiem procent mieszkańców Saksonii-Anhalt ufa Kościołowi, a to znaczy, że 92% nie ma zaufania.
Dlaczego nie mają zaufania?
Bo nic o nim nie wiedzą. To coś obcego. Kolejny przykład: w Halle organizuje się tak zwane uroczystości błogosławieństwa albo uroczystości życiowego przełomu. Robią to Kościół ewangelicki i katolicki, ale właściwie to my jesteśmy tu pionierami.
Oprócz zwykłej konfirmacji proponujemy w miejsce socjalistycznej świeckiej uroczystości wkraczania w dorosłość, tzw. Jugendweihe, kościelno-świecką uroczystość w przestrzeni kościoła. To sześć spotkań, po których w dużym kościele odbywa się uroczystość z udziałem rodziców i dalszej rodziny, tak jak przy konfirmacji. Dla zdecydowanej większości to pierwszy kontakt z wnętrzem kościoła. Pewna starsza pani powiedziała mi kiedyś po fakcie: „Tak, było pięknie, chociaż to było w kościele”. „Jak to pani rozumie?” – dopytałem. „No, można było przecież pójść do jakiejś ładnej sali. Ale dobrze, przynajmniej nic nie kosztowało”. To też ma znaczenie: w Kościele nic nie kosztuje, więc nic nie jest warte. Większość pogrzebów prowadzą świeccy mówcy. A kiedy pytam ludzi tu w sąsiedztwie, słyszę: „Wie pan, nie jesteśmy tacy biedni, żebyśmy musieli iść do kościoła. Stać nas na te 300 euro dla mistrza ceremonii”. Kościół uchodzi, by tak rzec, za odrębną grupę – grupę chrześcijan. Rozróżnia się między normalnym a chrześcijańskim światem. Stąd nie dziwi pytanie: jesteś normalny czy jesteś chrześcijaninem?
Powiedział ksiądz biskup wcześniej, że Kościół jest za mało duchowy. Czy to znaczy, że Kościół powinien wycofać się do swoich świątyń i grzecznie się modlić?
Nie, ale powinien mocniej skupić się na sprawach wiary, nie tracąc przy tym z oczu spraw codzienności. Jedno trzeba jednak podkreślić: jako Kościół nie jesteśmy agencją do spraw codziennych problemów. Potrzebny jest silniejszy chrystocentryzm, a także przywiązanie do wyznania wiary. To nic przestarzałego, lecz istota reformacji: wyznanie wiary w Chrystusa. Zawiera się w nim to, że nasz sąsiad jest naszym bratem, a muzułmanin nie jest wrogiem, lecz takim samym obywatelem. Chrystocentryzm zakłada bliskość wobec ludzi, na ile to możliwe, i zwrócenie uwagi na tych, którzy nie mają głosu.

