Odzyskiwanie pamięci o ewangelickim Pomorzu – rozmowa z Anną Sujecką z Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku
W Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku powstała wystawa „Sola scriptura”, dokumentująca ewangelicką sztukę kościelną regionu. W katalogu wystawowym znajduje się dość smutna informacja, że po 1945 roku ewangelickie dziedzictwo kulturowe traktowano jako „sztukę wroga”. Jakie czynniki się na to złożyły i jaka jest percepcja tej sztuki dzisiaj?
Anna Sujecka: Dzisiejsze postrzeganie spuścizny protestanckiej to złożony problem. Niestety, mało kto pamięta o 400 latach Reformacji na Pomorzu. Informacje na ten temat oczywiście funkcjonują w obiegu akademickim i w gronie miłośników historii. Jednak statystyczny mieszkaniec Pomorza niewiele o tym wszystkim wie. Słowami, które najlepiej oddają stan rzeczywisty jest obojętność i brak zainteresowania. Co więcej, osoby wykształcone, które znają historię, często posiadają jakąś wewnętrzną blokadę, która uniemożliwia im korzystanie z tej wiedzy w praktyce. Próby podjęcia rozmowy o ewangelickiej przeszłości budzą jakiś wewnętrzny sprzeciw. Z własnego doświadczenia pamiętam gości jednej z pomorzoznawczych konferencji, którzy, uczestnicząc w objeździe po regionie, za każdym razem wyrażali zdumienie na wieść o poewangelickich kościołach w okolicy. A przecież w skali całego Pomorza takie kościoły to jakieś 90 %. Aby to zrozumieć trzeba bliżej przyjrzeć się wydarzeniom powojennym. Samo pojęcie „sztuka wroga” brzmi bardzo propagandowo, ale rozpatrując to, co wydarzyło się kilkadziesiąt lat temu, jest chyba najtrafniejsze i oddaje powód, dla którego tak chętnie niemiecką przeszłość puszczono w niepamięć. Ludność przesiedlana z kresów wschodnich i terenów Polski centralnej, która docierała na Pomorze, w większości pochodziła ze środowisk wiejskich lub małomiasteczkowych, była słabo wykształcona i opierała swój światopogląd na stereotypach. Od wielu z nich trudno było oczekiwać zrozumienia dla rzeczywistości, jaką zastali w nowym miejscu, z dala od wszystkiego co znali.
Polacy mieli poczucie misji budowania Polski od podstaw. Z jednej strony realizowano mnóstwo cennych inicjatyw – np. już 15 września 1945 roku postawiono tutaj, pierwszy w Polsce (i przez lata jedyny) pomnik powstańców warszawskich, powołano Festiwal Pianistyki Polskiej – obecnie najstarszy w Polsce, czy największą kolekcję dzieł Witkacego. Z drugiej zaś dokonano wielu zniszczeń. W archiwum muzealnym znajdują się dokumenty, wskazujące jak traktowano poniemiecką spuściznę. W latach 50. i 60. Wojewódzki Konserwator Zabytków wielokrotnie zwracał się do Muzeum z prośbą o zabezpieczenie obiektów, które padały ofiarami dewastacji.
Pomorze było przez ponad 400 lat wyznania luterańskiego i jednym z najważniejszych ośrodków ewangelicyzmu na dzisiejszych ziemiach polskich. Na ile negatywne zjawiska wynikały z negatywnego stosunku do Niemców, a na ile do ewangelicyzmu w ogóle?
Mówiąc o okresie powojennym nie można oddzielić stosunku do narodowości od nastawienia do wyznania. Ludzie, którzy przybyli tutaj po 1945 roku, do końca życia nosili w sobie traumę. Dla nich Niemiec to był agresor i oprawca, często pozbawiony jakichkolwiek cech ludzkich. W ich mentalności długo pokutował XIX-wieczny schemat, według którego Polak patriota był katolikiem. „Inną wiarę” wyznawali zaborcy – i tak Niemiec był ewangelikiem, a Rosjanin prawosławnym. Niestety, w tym kuriozalnym wywodzie działała też zasada odwrotności. Dzięki niej wszystko co ewangelickie było niemieckie, a zarazem złe. Inną sprawą jest to, że w Polsce w ogóle mało mówiło się o protestantach. Z jednej strony niechęć wynikała z negatywnego stosunku do Niemców, z drugiej z faworyzowania katolicyzmu.
W jaki sposób odbywała się wymiana ludności? Była radykalna, czy początkowo dwie nacje współistniały przez jakiś czas obok siebie? Co z Polakami, którzy zapewne tutaj też mieszkali, przed 1945 r.?
W przedwojennym Słupsku trudno mówić o polskim środowisku. Oczywiście mieszkały tu osoby polskiego pochodzenia lub o polsko brzmiących nazwiskach, jednak były mocno zasymilowane z niemiecką społecznością i nie stanowiły szczególnie wybijającej się grupy.
Przed 1945 rokiem w całym Słupsku była tylko jedna parafia rzymskokatolicka, do której należeli zarówno Niemcy, jak i Polacy. Była to stosunkowo mała grupa, licząca na ogół kilkaset osób. Statystyki z 1871 roku podają liczbę 230 członków. Z czasem ich ilość wzrosła. W 1933 roku, w całym powiecie słupskim (dawny Kreis Stolp) było niecałe 3,5 tysiąca osób wyznania rzymskokatolickiego. Ciekawostką może być fakt, że obrany w 2004 roku patron miasta, to urodzony właśnie tutaj, w 1915 r. alumn Seminarium Duchownego w Bydgoszczy – błogosławiony Bronisław Kostkowski, beatyfikowany w 1999 roku przez Jana Pawła II. Paradoksem historycznym jest to, że po II wojnie światowej sytuacja całkowicie się odmieniła. Obecnie, na terenie miasta działa zaledwie jedna parafia ewangelicko-augsburska, niemalże wszystkie pozostałe są rzymskokatolickie.
Sama „wymiana ludności” przebiegała etapami. Spora część Niemców ewakuowała się w 1945 roku, inni latami czekali na możliwość wyjazdu – niejednokrotnie mieszkając z polskimi rodzinami pod jednym dachem. Byli też tacy, którzy zostali na miejscu i zasymilowali się z Polakami. Z czasem Polaków przybywało. To oni obejmowali urzędy i gwarantowali polskość regionu. Od samego początku istniał ogromny nacisk, by odwoływać się do słowiańskich akcentów na Pomorzu i adaptować wszystko, co miało nawet bardzo dalekie związki z nią związki. To właśnie wtedy zaczęto mówić o „prasłowiańskiej rodzinie Gryfitów”, spopularyzowano, ukuty jeszcze w II RP, termin „Ziemie Odzyskane” i głośno mówiono o „powrocie do macierzy”.
Jednym z bardziej wyrazistych tego przykładów była postać Michała Mostnika – luterańskiego pastora, który z polecenia księżnych Erdmuty i Anny de Croy objął parafię w Smołdzinie i przygotował do druku, przetłumaczony na lokalny język Mały Katechizm Lutra. Pastor naprawdę nazywał się Michael Brüggemann lub Brückmann. Urodził się w Słupsku w niemieckiej rodzinie, odebrał niemieckie wychowanie, jego ojczystym językiem był niemiecki. Ze względu na domniemaną znajomość języka Słowińców – co wiązano ze znajomością polskiego, jego imię i nazwisko przetłumaczono. Z czasem zaczęto też mówić o nim ogólnikowo – kaznodzieja, odbierając tym samym prawo do własnego wyznania.
Samo generujący się opór?
Dziś tak naprawdę nie wiemy, jakimi metodami posłużono się, by w przeciągu tylko jednego pokolenia wykasować informacje o ewangelikach. Najpewniej działania te przebiegały dwutorowo. Z jednej strony propagowano polską teraźniejszość, z drugiej milczano na temat niemieckiej przeszłości. O ile, o Niemcach mówiono z założenia źle, o tyle o ich wyznaniu nie wspominano prawie w ogóle. Osobiście odnoszę wrażenie, że właśnie to milczenie było najbardziej brzemienne w skutkach. Po zasiedleniu parafii przez polskich, rzymskokatolickich wiernych nikt nie zadawał sobie pytania, do kogo kościół należał wcześniej, kto go wybudował i uposażył.
W archiwum zachowała się notka prasowa z 1946 roku, opisująca wizytowanie miejskiego muzeum w Słupsku (jego zbiory przejęto po niemieckim Heimatmuseum w Stolp in Pommern) przez prof. Stanisława Lorenza – naczelnego dyrektora muzeów przy Ministerstwie Kultury i Sztuki, odpowiedzialnego m.in. za odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie [Lorenz był wyznania ewangelicko-augsburskiego i pochowany jest na Cmentarzu luterańskim w Warszawie – przyp. red.]. Lorenz, po wstępnym przeglądzie ekspozycji nakazał „usunięcie dowodów niemieckiego militaryzmu na rzecz słowiańskiej przeszłości regionu”. Wydaje się, że dla wielu osób, te słowa stały się zielonym światłem i usprawiedliwieniem dla niszczenie zabytków kultury i sztuki.
A co z Armią Czerwoną na ziemi słupskiej zaraz po wojnie?
Rzeczywiście, Rosjanie byli, jednak zajmowali się sprawami bezpieczeństwa, administracją, kwestiami wojskowymi a łupienie prowincjonalnych kościołów „nie leżało w ich kompetencjach”. Oczywiście miasto poniosło ogromne straty w związku z ich pobytem – zdewastowana została znaczna część śródmieścia, złupiono wyposażenie kilku fabryk, zdemontowano sieć kolejową. Kilka lat temu głośno było o znalezionych w archiwum niezapłaconych rachunkach za zakwaterowanie i wyżywienie oficerów. Jednak trzeba zaznaczyć, że Armia Czerwona nie miała takich ‘mocy przerobowych’, by zająć się setkami kościołów na terenach Pomorza. Zresztą, trudno wyobrazić sobie odziały jeżdżące od wsi do wsi tylko po to by zniszczyć, w ich mniemaniu, nic nie warte kościoły. Największe zniszczenia nastąpiły w kilka i kilkanaście lat po wojnie. Przyczyną tych zniszczeń, poza świadomym działaniem były też zwykłe zaniedbania.
Przecież nowa ludność mogła zaadoptować ewangelickie kościoły na potrzeby kultu rzymskokatolickiego
I rzeczywiście bardzo często tak było. Jednak trzeba pamiętać, że Pomorze było słabo zaludnionym terenem. Część kościołów szybko znalazła nowych gospodarzy, inne latami stały opuszczone. Najlepiej widać to na przykładzie samego Słupska i dwóch jego kościołów – zamkowego i mariackiego. Ten pierwszy bardzo szybko został otoczony opieką. Jego gospodarzem był ksiądz Jan Zieja, kapelan szarych szeregów i uczestnik powstania warszawskiego. To m.in. dzięki niemu zachowało się niemal pełne wyposażenie kościoła.
Z drugiej strony mamy kościół mariacki, który przez około dwa lata od wojny, służył jako wysypisko śmieci i latryna dla handlarzy z pobliskiego rynku. Mimo, że jego wnętrze było pozbawione sprzętów, to jednak nadal zastanawia fakt, że istniało przyzwolenie na takie traktowanie budynku. W tym samym okresie również wiele wiejskich kościołów było opustoszałych. Ich dawni gospodarze wyjechali, a nowi nie zawiązali jeszcze wspólnoty. Zapewne bardzo trudno było utrzymać pieczę nad całym tym terenem i znajdującymi się na nim obiektami.
Czyli de facto w latach powojennych mieliśmy do czynienia z „falą ikonoklazmu” skierowanego przeciwko kościołom luterańskim…
To bardzo mocne stwierdzenie, ale myślę, że takie postawienie sprawy nie jest pozbawione racji. Nie wiem, na ile ów „ikonoklazm” był świadomy i zaplanowany, a na ile spontaniczny. Wiadomo na pewno, że był bardzo silny, bo jego skutki odczuwamy do dzisiaj.
Zapewne, w wielu przypadkach chciano dostosować wygląd kościołów do potrzeb kultu rzymskokatolickiego i estetyki nowych parafian. Ich nic nie łączyło z niemiecką przeszłością. Oswajano przestrzeń, usuwano pamiątki po poprzednich użytkownikach. Nowi gospodarze nie potrzebowali empor, usuwali ambony i epitafia, przebudowywali ołtarze. Jeśli w ołtarzu był obraz, który się nie podobał to usuwano go i zastępowano innym. Najlepiej Matką Boską – częstochowską, ostrobramską lub którymś z innych otoczonych kultem wizerunków. Przykładem tego może być wiszący przez wiele lat, we wspomnianym kościele zamkowym obraz, którego głównym zadaniem było zasłonięcie malowidła przedstawiającego klęczących pod krzyżem fundatorów – księcia Jana Fryderyka i jego małżonkę Erdmutę. Zresztą – dla wielu ludzi użytkowanie starych rzeczy kojarzyło się z biedą. Chciano podkreślić nowy rozdział w historii Pomorza, swoją obecność w kościołach i dlatego lekka ręką usuwano „starocie”, wstawiając to co nowe i lepsze. Zachowane w archiwach fotografie, wykonywane na przestrzeni kilku lub kilkunastu lat, dość dokładnie pokazują proces znikania oryginalnego wyposażenia z kościołów.
Jak wyglądała reformacja na Pomorzu, a konkretnie w Słupsku? Czy w regionie funkcjonowały jakieś znaczące ośrodki teologiczne? Wiemy o ks. Janie Bugenhagenie, reformatorze Pomorza i Danii, spowiedniku Lutra, ale czy jest jeszcze ktoś oprócz niego?
Idee Marcina Lutra dotarły na Pomorze bardzo wcześnie. Już w latach dwudziestych XVI wieku przybyli tu pierwsi kaznodzieje. Dzięki temu można je zaliczyć do najstarszych ewangelickich obszarów Europy. Greifswald, Szczecin, Trzebiatów, Kamień Pomorski – to były najsilniejsze ośrodki, w których pracowali najznamienitsi duchowni i gdzie funkcjonowały poklasztorne szkoły ewangelickie.
Słupsk na tej mapie jawi się jako ciekawy ośrodek. Już w 1522 roku przybył tu Jan Krystian Kettelhut – uczeń Bugenhaena. Bardzo szybko przyłączył się do niego Tomasz Hecket – proboszcz jednej z tutejszych parafii. Ich misja nie trwała długo. Obaj zostali zmuszeni przez księcia Bogusława X do opuszczenia miasta. Lukę po nich wypełnił słupszczanin Piotr Svawe, ale i on, po jakimś czasie został zmuszony do zaprzestania działalności. W dwa lata później, w 1524 roku, kolejny zwolennik reformacji – Jan Amandus po przybyciu do Słupska zorganizował dysputę z duchowieństwem, której wynik ostatecznie przekonał mieszczan do opowiedzenia się po stronie Lutra. O ile większość terenów Pomorza przechodziła na ewangelicyzm w sposób bezkonfliktowy, o tyle w Słupsku (obok Szczecina i Stralsundu) doszło do zamieszek. Ich skutkiem było wyrzucenie z miasta dominikanów oraz, wbrew intencjom Lutra i wzorem radykalnego Karlstadta, opróżnienie kościołów z dzieł sztuki. Mówi się, że jednym z nielicznych średniowiecznych reliktów, które oszczędzono był monumentalny krucyfiks z kościoła mariackiego. Do dziś można go oglądać w północnej nawie.
W 1535 roku, podczas Sejmu Trzebiatowskiego, utworzono na Pomorzu Pomorski Kościół Ewangelicki. Wszystkie związane z tym działania skupione były wokół rodu Gryfitów, który od lat 30. XVI wieku patronował konwersji Pomorza, a później, przez szereg lat przewodził Kościołowi. Ciekawostką może być również fakt, że w Słupsku, w kościele zamkowym, przez jakiś czas nauczał ks. Fryderyk Schleiermacher – jeden z najwybitniejszych teologów i filozofów protestanckich.
Jaka była cecha charakterystyczna pomorskiego protestantyzmu w wymiarze kulturowym?
Patrząc przez pryzmat sztuki najbardziej w oczy rzuca się jej prowincjonalny charakter. Myślę tu oczywiście o sztuce funkcjonującej poza dużymi ośrodkami miejskimi, w których znajdowały się rezydencje książęce. Tam inwestowano mnóstwo funduszy w budowę nowych świątyń i rozwój sztuki kościelnej. Przykładem jest chociażby tzw. srebrny ołtarz darłowski, który obecnie jest własnością słupskiego muzeum. Jego elementy wykonywali złotnicy augsburscy, czyli najwyższa półka rzemiosła artystycznego tamtych czasów. Oczywiście znakomicie prezentują się też niektóre fundacje rodów szlacheckich – von Below, von Puttkamer, von Kleist. Ale są to bardziej wyjątki niż reguła.
Zdecydowana większość zachowanych obiektów to sztuka prowincjonalna, właściwie ludowa. Malowidła pozbawione są lotności artystycznej i, gorzej lub lepiej naśladują utarte wzorce. Proporcje ukazanych postaci są mocno zaburzone, struktury draperii niekonsekwentne, a światłocienie pozostawiają wiele do życzenia. Dla historyka sztuki to znak, że dzieło nie wyszło spod ręki mistrza. Ponadto sztuka pomorska cechowała się dużą powtarzalnością tematów. Jeśli więc mamy do czynienia ze sceną Ukrzyżowania to możemy być pewni, że niemal identyczny wizerunek znajdziemy w kilku lub kilkunastu kolejnych kościołach. W wyposażeniach kościołów dominuje przede wszystkim rzeźba w drewnie – materiale stosunkowo tanim i łatwym do opracowania.
Warto podkreślić też fakt, że pomorska sztuka protestancka przez bardzo długi okres nosiła piętno średniowiecza i odwoływała się nie tylko kanonicznych wątków Pisma Świętego, ale również do tekstów apokryficznych i wzorców opartych na pobożności ludowej. Wśród tematów artystycznych spotka się Piety, zdjęcia z krzyża, o których nie ma mowy w Piśmie Świętym. Są przedstawienia wędrówki Tobiasza, która nie weszła do protestanckiego kanonu biblii, a nad głowami wielu postaci – Marii, czy Apostołów regularnie pojawiają się aureole. Często wykorzystywano też przedstawienia Szymona z Cyreny. I choć jest to wątek zaczerpnięty z biblii, to jednocześnie wiadomo, że sam Luter nie był jego zwolennikiem. Uważał, że sugeruje jakoby Jezus nie dokonał samodzielnie dzieła zbawienia. Jednak najbardziej jaskrawym przykładem wpływów katolickich są zachowane na wsiach wizerunki mistyczne – takie jak na przykład Matka Boska Siedmiomieczowa. W XVIII i XIX wieku często zapożyczano tematy od wielkich mistrzów malarstwa. Dzięki temu w kościołach pojawiały się kopie dzieł Baroccia, Cigoliego, Caravaggia – czyli mistrzów wywodzących się ze środowiska włoskiego, powiązanych z mecenatem papieskim.
Jak udaje się proces odzyskiwania pamięci historycznej?
To bardzo trudny proces – taka trochę orka na ugorze. Przykro o tym mówić, ale niechętny stosunek do protestantów, w niektórych środowiskach zachował się do dziś. Nie dalej jak trzy lata temu, podczas planowania w Słupsku dni kultury chrześcijańskiej, katoliccy organizatorzy nie zaprosili do współudziału przedstawicieli żadnego innego wyznania. W efekcie proboszczowie parafii prawosławnej, ewangelicko–augsburskiej, ewangelicko-metodystycznej i zboru zielonoświątkowego wystąpili z listem, w którym wyrazili zdumienie zaistniałą sytuacją. Niestety, całkowicie ich zignorowano.
Na szczęcie od kilku lat zainteresowanie tematem reformacji sukcesywnie wzrasta. Nie tylko w gronie badaczy, ale także po stronie odbiorców. W 2010 roku, w słupskim muzeum zorganizowano wystawę Die blume ist verwelckt poświęconą protestanckim funeraliom na Pomorzu. Zainteresowanie nią przerosło nasze oczekiwania – była wymieniana w gronie najważniejszych wydarzeń kulturalnych 2010 roku w województwie pomorskim i nominowana do Pomorskiej Nagrody Artystycznej. Poza Słupskiem prezentowano ją również w Szczecinie i Szczecinku, a pod koniec 2016 roku planowane jest pokazanie jej w Starogardzie Gdańskim.
Wierzymy, że obecna wystawa „Sola scriptura”, poświęcona biblijnemu malarstwu i grafice odniesie podobny sukces. Bardzo zależało nam, by ekspozycji towarzyszyły wykłady, które przybliżą historię ewangelicyzmu. Wstęp na wszystkie spotkania był bezpłatny, toteż każdorazowo uczestniczyło w nich od kilkunastu do kilkudziesięciu osób – chociaż największe audytorium, liczyło ponad 300 uczestników. Szacujemy, że od października 2015 wystawę zwiedziło około 2000 widzów. Tak duże zainteresowanie sprawiło, że już teraz prowadzimy rozmowy w sprawie zaprezentowania wystawy w Szczecinie.
Na 500-lecie Reformacji też mam już plany, ale na razie za wcześnie by o tym mówić. Z pewnością chcemy kontynuować program wystaw i edukacji. Muzealne magazyny kryją jeszcze sporo obiektów wartych zaprezentowania. Mamy zatem szerokie pole do popisu.