O przełamywaniu obaw, duszpasterstwie i obecności Kościoła – rozmowa z dk. Haliną Radacz

O przełamywaniu lęków i uprzedzeń, duszpasterstwie w diasporze i obecności Kościoła w przestrzeni publicznej rozmawiamy z dk. Haliną Radacz, duszpasterzem Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Żyrardowie i Rawie Mazowieckiej.

5 lutego 2019, Redakcja

Czy Kościół Ewangelicko-Augsburski jest zauważalny w przestrzeni publicznej?

Myślę, że jesteśmy zauważalni, ale wciąż mało – co prawda są audycje telewizyjne, radiowe, mamy strony w internecie, ale to wciąż nie wystarcza.

Ale dlaczego za mało i w czym jest problem?

Może zbyt rzadko i nie do końca jasno zabieramy głos na forum publicznym w kwestiach ważnych dla zwykłego Polaka – myślę o tematach etycznych czy szerzej społeczno-etycznych. Nie mówię o polityce. Nasze – ewangelickie –  postrzeganie świata różni się czasem od ogólnie przyjętych opinii ukształtowanych na bazie etyki i nauczania Kościoła rzymskokatolickiego. Nie raz spotkałam się ze zdziwieniem, że jako chrześcijanka nie jestem np. przeciwniczką in vitro, albo inaczej widzę rolę kobiet w społeczeństwie i Kościele. Takich tematów jest więcej.

A może ludzie oczekują, aby w kościele nie było tematów wałkowanych w mediach, a po prostu kazanie.

Czym innym jest nabożeństwo, a czym innym przedstawianie stanowiska poza liturgią. Kościół powinien zabierać głos w ważniejszych sprawach, a ten powinien być wyraźniej słyszalny na płaszczyźnie ogólnopolskiej. Nie musimy reagować na wszystko, ale są kwestie, w których ewangelicki punkt widzenia powinien wybrzmieć. Mam wrażenie, że na początku lat 90-tych było o nas głośniej.

To co się zmieniło – wówczas nie było Twittera i innych serwisów społecznościowych?

Na pewno zmieniło się zainteresowanie społeczeństwa wypowiedziami Kościołów czy w ogóle sprawami religijnymi. Liczba telewidzów, którzy regularnie oglądają programy religijne w telewizji jest zdecydowanie niższa niż przed 20 laty. To się wiąże z szerszym problemem wpływu Kościołów na życie. Niestety żyjemy w społeczeństwie, które z jednej strony chodzi do kościoła, a z drugiej nie wszystkie nauki bierze sobie do serca. Kościół sobie, a życie sobie. Obawiam się że, Kościoły nie są najlepszymi nauczycielami i wychowawcami.

Za bardzo moralizują czy nie rozumieją otaczającej nas rzeczywistości?

Ponad 20 lat pracuję na dwa etaty – w Kościele i poza nim. W szkole, oprócz lekcji religii, prowadziłam zajęcia z wychowania fizycznego, prowadziłam bibliotekę i uczyłam historii, wiedzy o społeczeństwie i śpiewu. Teraz pracuję w Redakcji Ekumenicznej TVP. Mam czasami wrażenie, że niektórzy duchowni, bez względu na wyznanie, patrzą na świat przez pryzmat swoich (czasem małych) parafii. Perspektywa zmienia się, gdy na parafię patrzymy z perspektywy otaczającego nas świata i społeczeństwa. Jeśli Kościół zamyka się w sobie, bo tu jest bezpiecznie i wygodnie, chce emanować nauką, pouczaniem i nauczaniem, to nikt tego nie przyjmuje, bo przemawiamy niezrozumiałym językiem ponad głowami. Bynajmniej nie chodzi o bezkrytyczne zaspokajanie potrzeb społeczeństwa, ale o rzeczowe zmierzenie się z realnymi problemami. Uważam, że akurat Kościół ewangelicki, czy konkretnie ewangelicko-augsburski, ma szczególne teologiczne predyspozycje, aby wychodzić do ludzi. To wynika z rozumienia Kościoła jako wspólnoty wierzących i świadomości powszechnego kapłaństwa ochrzczonych. Nam może być łatwiej zrozumieć, że Kościół nie jest bastionem, a czas kiedy ludzie przychodzili do kościoła, w którym czekał na nich ksiądz, już dawno minął. Nie wszyscy jednak to zauważyli i nie zawsze umiemy wychodzić na zewnątrz. Dotyczy to nie tylko wąsko rozumianych spraw wiary, ale tematów, z którymi ludzie zmagają się na co dzień.

Od prawie 30 lat jest pani diakonem w Kościele Ewangelicko-Augsburskim, zawsze pracowała pani w małych parafiach. Pamięta pani jakieś przykre doświadczenia związane bezpośrednio ze służbą diakona?

Nawet jeśli na początku były jakieś zgrzyty to po krótkim czasie znikały. Ci sami ludzie, którzy wypowiedzieli parę słów za dużo, to albo przepraszali wprost albo przyznawali pośrednio, że postąpili nie fair. Oczywiście, były też niekoniecznie pozytywne doświadczenia, ale one nie miały ostatniego słowa. Wpierw następowało zaskoczenie, że przychodzi do nich kobieta. Czasami ponuro żartowano jak pewien pan, który powiedział: ‘Chyba jesteśmy najgorsi, skoro babę do nas przysyłają’. Zabawne jest to, że po jakimś czasie jego żona przypomniała mu tamte słowa i się zmieszał. Zresztą ten sam pan denerwował się, kiedy podczas mojego urlopu przyjeżdżał mężczyzna i twierdził nawet, że wraz z moim powrotem wróciły prawdziwe nabożeństwa.

Jak wyglądało początkowe przełamywanie lodów?

To było pod koniec studiów. Pracowałam w parafii sopockiej i dojeżdżałam też do Mikołajek Pomorskich. Ludzie nie wiedzieli, że przyjdzie do nich kobieta. W tej parafii był zwyczaj, że ludzie zjeżdżali się do domu kościelnego. Potem procesjonalnie szliśmy do kościoła. Kiedy po raz pierwszy przyjechałam pociągiem z Gdańska, odnalazłam właściwy adres, przedstawiłam się, gospodarze byli zdziwieni, ale ucieszyli się, ugościli mnie rosołem. Po chwili przybyły trzy osoby – babcia, matka i córka. Babcia zapytała, gdzie jest ksiądz. Gospodarze pokazali na mnie i powiedzieli: tam siedzi. Babcia się zdenerwowała, skomentowała, że katechizm to może sobie sama w domu poczytać. Prychnęła, że niepotrzebnie przyjechała. Tego dnia nie poszła ze wszystkimi do kościoła – została w domu państwa kościelnych. Starałam się zachować spokój i na szczęście kiedy się żegnałam z parafianami te panie podały mi rękę. Przyjeżdżałam do Mikołajek co miesiąc i następnym razem na nabożeństwie była matka z córką, po trzech miesiącach była też babcia. Do tematu nie wracałam. W wigilię Bożego Narodzenia przyjechałam samochodem odprawić nabożeństwo świąteczne i zaproponowałam podwiezienie do domu po nabożeństwie. Seniorka rodu usiadła z przodu, a gdy byłyśmy na miejscu, babcia mnie serdecznie przeprosiła za pierwsze spotkanie, że ona nie wiedziała, że w sumie to nie ma różnicy, że bardzo lubi, kiedy przyjeżdżam. To było bardzo miłe.

A jakie były pani doświadczenia z wychodzeniem na zewnątrz przy okazji pogrzebów, załatwiania spraw administracyjnych?

Urzędnicy nie mieli żadnego problemu. Może na początku było zdziwienie i zainteresowanie –  zastanawiali się, czy jestem kościelną, katechetką czy organistką. Byłam „panią Halinką z parafii”. Zmieniło się bardzo, kiedy oficjalnie zostałam diakonem i zaczęłam używać koszuli z koloratką. To też wywoływało zaciekawienie w urzędach. Np. kiedyś w Grodzisku Maz. załatwiałam sprawy parafialne. Urzędniczka sprawnie i uprzejmie załatwiła moją sprawę i na koniec przeprosiła za ciekawość i zapytała: ‘Kim pani jest w Kościele’?

Kim pani jest w Kościele?

Diakonem.

Diakon, czyli ksiądz drugiej kategorii, jak niektórzy sugerują?

Istotne jest dla mnie to, kim jestem dla ludzi, którym na co dzień służę. Nie przywiązuję żadnej wagi do tego, jak mnie ktoś tytułuje. Oczywiście mam swoje preferencje – nie znosiłam jak niektórzy mówili do mnie na Mazurach per „pani magister”. Jesteśmy Kościołem mniejszościowym i nie zawsze dla ludzi funkcjonujących w schematach Kościoła większościowego jest czytelne, kim właściwie jest diakon. Bardzo często jestem tytułowana per „pani  pastor” i dementowanie nie ma żadnego sensu. Kiedyś poprawiłam burmistrza Olsztynka, ale on zapytał: Czy nabożeństwa pani odprawia? Pogrzeby pani prowadzi? Chrzci pani dzieci? Jeśli tak to jest pani pastorem! Nie było dyskusji.

Najwyraźniej pan burmistrz doskonale opanował luterańską teologię urzędu…

On nie był teologiem, choć możliwe że miał korzenie ewangelickie w zamierzchłych czasach, o których sam nie wiedział. Podobnie w kwestii tytulatury jest w kontaktach z duchowieństwem rzymskokatolickim – od „pani diakon” szybko przechodzą do „pani pastor”.

W zdecydowanej większości krajów, w których Kościoły ewangelickie są zarówno w mniejszości lub większości, ordynacja kobiet nie wzbudza emocji. Co jest takiego w Polsce, że temat ten wciąż elektryzuje, mimo iż mamy tyle diakonek i katechetek?

Odpowiedź jest równie prosta co skomplikowana. Mamy wciąż silne struktury patriarchalne w społeczeństwie, mimo iż ten model uległ daleko idącym przemianom. W debacie nad ordynacją kobiet większość argumentów ma charakter społeczny począwszy od „ona biedna nie da sobie rady”, a skończywszy na „jak będą ją przyjmować inni”. Tutaj wyraźnie widać kompleks mniejszości, obawa przed tym, co powiedzą katolicy lub inni. Temu towarzyszy często  chęć przypodobania się, lub wręcz upodobnienia się w jakiś sposób do większości.

Niedawno Gość Niedzielny z diecezji łowickiej opublikował tekst i pani zdjęcie z mszy w Rawie Mazowieckiej w ramach Tygodnia Modlitwy o Jedność Chrześcijan. Jak była pani przyjęta?

Miałam dobrego nauczyciela na Mazurach, ks. Jerzego Otello. Mawiał nie raz, że jeśli we wsi są dwa kościoły i duchowni pozdrawiają się na ulicy, a ludzie to widzą, to nie będzie wybijanych okien. Robiłam tak od samego początku swojej pracy – zawsze umawiałam spotkanie z lokalnym proboszczem rzymskokatolickim i każdym innym albo organizowałam imprezę ekumeniczną i zapraszałam duchownych innych parafii funkcjonujących w mieście. Czasami były różne rozmowy, ale nigdy nie było wrogości. W Rawie Mazowieckiej sprawa była wyjątkowa, ponieważ po raz pierwszy w historii miasta takie nabożeństwo się odbyło. Istotne było nie tylko to, że ewangelicy i katolicy modlili się wspólnie podczas mszy, ale też wyjście do lokalnego społeczeństwa. Kościół w Rawie uważany był za kościół zamknięty. Teraz jest inaczej. Oczywiście, część mieszkańców nadal ma obawy i nie chce wejść do kościoła – stereotypy i uprzedzenia są wciąż silne. Jeśli jednak ludzie widzą, że stoję razem z księdzem dziekanem, że modlimy się wspólnie, wygłaszam kazanie to rozumieją, że jesteśmy chrześcijanami, choć inaczej wyrażamy swoją wiarę. Jako luteranie mamy wiele do zaoferowania współczesnemu światu i jeśli otwieramy drzwi naszych kościołów to robimy tak, aby tych ludzi zaprosić. Nie chodzi o uprawianie prozelityzmu – nie jest to moim zamiarem. Najważniejsze jest składanie świadectwa i służba, nawet jeśli nasza parafia ma tylko 20 osób. Nie mam problemów w kontaktach z duchownymi rzymskokatolickimi, jeżeli ktoś nie jest otwarty ekumenicznie, to nie ma znaczenia czy będzie rozmawiać z mężczyzną duchownym innego wyznania, czy z kobietą. Nie raz uczestniczyłam w różnego rodzaju uroczystościach wraz z duchowieństwem innych wyznań, także dostojników rzymskokatolickich, i nigdy nie odczułam wykluczania czy poniżania. Z kolei w Żyrardowie dzieli nas z katolikami tylko żywopłot, który sadziliśmy wspólnie z proboszczem katolickim. Zarówno z poprzednim duchownym, jak i z obecnym mam bardzo dobre relacje.

Duchowni to jedno, ale jakie są pani doświadczenia w kontaktach ze świeckimi katolikami czy też ludźmi, którzy deklarują brak przynależności kościelnej?

Najczęstszą reakcją jest stwierdzenie, że „u was jest tak normalnie” i to uważam za wielki komplement. Ludzie, którzy przychodzą do naszej kaplicy na wystawy, dyskusje czy koncerty traktują mnie jak każdego innego duchownego. Zresztą warto zastanowić się co to znaczy „normalny ksiądz”. Pamiętam rozmowę duszpasterską z panią, która wstąpiła do Kościoła za mężem, ale nie była to konwersja przy okazji ślubu, a po latach rozmów. Otworzyła swoje serce, dzieliła się wszystkim. Mówiła o bardzo osobistych problemach. W pewnej chwili stwierdziła: „Ojej, ja mówię z panią całkiem jak z księdzem”-  Czy to źle? – zapytałam. Odpowiedziała: „Nie – to bardzo dobrze”. Nie wiem, czy to było związane z tym, że jestem kobietą, niemniej najistotniejsze było to, że ona czuła się słuchana.

A co z sytuacjami szczególnie trudnymi związanymi ze śmiercią, odchodzeniem?

Dla mnie najtrudniejsze w służbie duszpasterskiej są pogrzeby. Przeżywam je bardzo osobiście. Gdy pracuje się w małych parafiach to automatycznie zna się ludzi i ich rodziny. To są szczególne momenty, kiedy rodzina potrzebuje duszpasterskiego wsparcia i wtedy moje emocje nie mogą zdominować tego, co mówię. W takich chwilach człowiek nie potrzebuje nadmiaru słów albo naiwnych zapewnień „nie martw się, wszystko będzie dobrze”, ale po prostu obecności, jakkolwiek banalnie to zabrzmi. Czasami wystarczy przeczytać psalm i nie silić się na własne mądrości, szukanie własnych rozwiązań. Kiedyś zostałam poproszona w nocy o komunię dla umierającej parafianki w Rawy Mazowieckiej. Telefon zadzwonił późnym wieczorem. Rodzina nie mogła skontaktować się z księdzem. Bardzo prosiła o przyjazd z Komunią Św. Wzięłam naczynia komunijne, śpiewniki i wyruszyłam w drogę. Przy łóżku umierającej kobiety zgromadziła się cała rodzina, około 10 osób. Zdecydowałam, że zrobimy nabożeństwo domowe z Wieczerzą Pańska, do której wszyscy przystąpili. Następnego dnia nasza parafianka zmarła. Kiedy przyjechałam do Żyrardowa rozmawiałam z ówczesnym biskupem diecezji warszawskiej, śp. ks. bp. Mieczysławem Cieślarem odnośnie Komunii. Powiedziałam mu wtedy, że nie wezmę na swoją odpowiedzialność oczekiwania iluś godzin  na duchownego z Warszawy czy innego miasta i mimo iż jestem tylko diakonem, pojadę z Wieczerzą Pańską. Biskup odpowiedział: to dobrze. Takie sytuacje się powtarzały, rzadko, ale jednak. Nie zapomnę innej Komunii w szpitalu, gdy zostałam wezwana do parafianki w bardzo podeszłym wieku, w ciężkim stanie. Lekarze nie dawali jej wiele szans. To było krótko po Bożym Narodzeniu. Odprawiłam przy łóżku nabożeństwo komunijne, pomodliłam się. W kolejne niedziele wszyscy modliliśmy się o nią. Na Wielkanoc ta pani modliła się z nami w kaplicy w Żyrardowie podczas nabożeństwa.


Halina Radacz – diakon Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, duszpasterz parafii luterańskich w Żyrardowie i Rawie Mazowieckiej, pracuje również w Redakcji Ekumenicznej TVP2.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

error: Aby wykorzystać treść lub jej fragmenty należy otrzymać pozwolenie redakcji!