Ewangelikalizm otwarty i ekumeniczny – rozmowa z dr. hab. Wojciechem Szczerbą

Jaka powinna być teologia i czy świat jej w ogóle potrzebuje? Czym jest współczesny ewangelikalizm – mówi dr hab. Wojciech Szczerba, rektor Ewangelikalnej Wyższej Szkoły Teologicznej (EWST) we Wrocławiu.

5 lutego 2019, Redakcja

Po co właściwie nam teologia? Czy nie jest to dyscyplina wymierająca, biorąc pod uwagę postępujące zeświecczenie na świecie?

Statystycznie może tak, jeśli chodzi o świat zachodni, natomiast w „Nowym Świecie” wręcz przeciwnie.

A my jesteśmy w Polsce w „Nowym” czy „Starym” świecie?

Raczej starym, zachodnim kręgu kulturowym. Gdybyśmy spojrzeli jak teologia i w ogóle chrześcijaństwo rozwijają się w Ameryce Południowej, Azji, Afryce czy nawet Australii to mam wrażenie, że teologia ma się całkiem nieźle, niemniej jest to inny rodzaj teologii, do jakiego przywykliśmy. Teologia jest potrzebna jako próba odczytania księgi świata na podstawie doświadczenia sacrum, objawienia, które mamy.

Czy mówi pan o nowym paradygmacie teologicznym, nowym sposobie odczytywania, czy chodzi może o wymyślenie wszystkiego od początku?

Pewnie i tak i tak. Są różne grupy, które wymyślają koło od początku, ale są też takie, które te same pytania stawiają w inny sposób ze względu na zmieniającą się rzeczywistość. W tym kontekście jest potrzeba innego uprawiania teologii – nie zawsze jest ona odgórna, wysoce metafizyczna, ale coraz częściej jest to teologia antropologiczna, wychodząca od człowieka, od tego gdzie jesteśmy i z jakimi pytaniami się zmagamy. Ona też zadaje pytania o utarte prawdy wiary, stereotypy, dogmaty, doktryny i stawia pytanie, czy możemy je „przetłumaczyć”, by były na nowo świeże i zrozumiałe dla człowieka XXI wieku.

Ale czy teologia chrześcijańska nie powinna być właśnie teologią „od góry”, która wychodzi od Bożego objawienia, a nie „od dołu”. Czym się wtedy będzie różnić od religioznawstwa?

To poważna kwestia, bo przecież chcielibyśmy, aby teologia była teologią od góry, ale po Kartezjuszu, Kancie i paru innych teologach/filozofach trudno jest bezkrytycznie mówić o metafizyce. Myślę, że pespektywa XX i XXI wieku pokazuje nam, że wymiar egzystencjalny, czy nawet personalistyczny jest ważny, stąd pytania, które zadajemy odnoszą się do nas i mają na uwadze człowieka jako takiego: kim jestem? Jak odnaleźć się w rzeczywistości? Jak odnieść Objawienie do siebie? Objawienie jest najważniejsze, ale trudno jest je przełożyć na żywy język, zrozumiały dla „przeciętnego” człowieka. Nie jestem pewien, na ile „teologia odgórna” sprawdza się w dzisiejszych czasach. Systemy myślowe, które są kreowane dzisiaj mają bardziej charakter egzystencjalny niż w przeszłości. Podobnie rzecz się ma lub powinna się mieć z teologią. Poza tym teologia odgórna niejednokrotnie funkcjonowała przez wieki jako narzędzie systemu władzy, a to się źle dzisiaj kojarzy.

Wyczuwam pewien paradoks –uczelnia, w której się znajdujemy, EWST, ma w nazwie określenie „ewangelikalna”, a ewangelikalizm kojarzony jest z tym ruchem w chrześcijaństwie, który sceptycznie podchodzi do systemów i odkryć teologicznych, które niczym tsunami przewijały się przez epoki historii Kościoła. Wręcz podkreśla się w nim niechęć do teologizowania, a już w ogóle do filozofii jako ludzkiej mądrości, postulując „powrót do źródeł”, czyli np. Pisma Świętego. Jak znaleźć balans?

Tak jak w przypadku wielu koncepcji ewangelikalizm też ma swoje nurty. Jeśli dziś mówimy o ewangelikalizmie to jest on nieco inny od tego, jaki znamy z połowy XX wieku. To, o czym dzisiaj mówimy, moglibyśmy zdefiniować jako postewangelikalizm, a więc taki nurt, który wychodzi lub wyszedł z okresu neofityzmu i tworzy – może nie tyle ortodoksję ewngelikalną, co stara się ująć swój rodzaj pobożności, wytycznych i prawd wiary w przekazywalny, zobiektywizowany sposób. Coraz więcej dostępnych jest na rynku publikacji teologicznych pisanych z perspektywy pentekostalnej, baptystycznej, Kościołów niedenominacyjnych i są to coraz bardziej odważne i poważne opracowania. Myślę, że ewangelikalizm coraz mniej boi się kwestii, które w połowie XX wieku budziły jakieś demony.

Niemniej w waszym Wyznaniu Wiary umieszczonym na stronie internetowej dominuje konserwatywna opcja w kwestiach wiary, szczególnie jeśli chodzi o źródło Objawienia, podczas gdy we współczesnym protestantyzmie istnieje wiele modeli ukazujących owo napięcie między Pismem a Tradycją.

Tak, zdecydowanie prawdy wiary chcemy odnosić do Pisma, ale mamy świadomość, że ważna jest również kwestia interpretacji tekstu, wspólnoty, w której ten tekst został spisany, a także proces transmisji tego tekstu, redakcji i tego, że jeden tekst odczytywany jest dzisiaj różnie w różnych kontekstach życiowych.

To już brzmi bardzo nowocześnie.

Mam wrażenie, że normalnie, także w wypowiedziach takich ewangelikalnych teologów z XX wieku jak John Stott czy Billy Graham, wspomniane aspekty były podnoszone. Sola scriptura interpretowana konserwatywnie zakłada przecież różne uwarunkowania kulturoznawcze, kulturotwórcze i antropologiczne. Poza tym odnosi się do procesu aplikacji tekstu.

W EWST spotykają się chrześcijanie różnych wyznań protestanckich, ale nie tylko. Co konkretnie oznacza ekumenizm w tej szkole, oprócz faktu spotykania się ludzi różnych denominacji i w jakich kontekstach dochodzi do ekumenicznych napięć?

Sam ewangelikalizm traktujemy bardzo szeroko jako nurt, który przenika różne tradycje eklezjalne. Oczywiście jest to konserwatywny nurt, który mówi o osobistej relacji z Bogiem, zaangażowaniu społecznym…

Ale dokładnie to samo mówią przedstawiciele nurtu liberalnego…

Może inaczej rozkładają akcenty. Rzeczywiście kwestia wyboru i nowego narodzenia jest ważna, niemniej jest to nurt, który jest obecny nie tylko w protestantyzmie, choć wywodzi się z protestantyzmu, ale też w katolicyzmie i prawosławiu, a także innych tradycjach. Ekumenizm jest codziennością – jesteśmy otwarci na ludzi różnych wyznań. Mam wrażenie, że nie jest to najlepszy czas na kłótnie między wyznaniami, więc jeśli możemy skupić się na tym, co jest wspólne i pozwolić sobie na różnice w kwestiach drugorzędnych (adiafora) to fantastycznie. Tego nam dzisiaj potrzeba, budowania wspólnoty i zaangażowania w działalność prospołeczną, charytatywną, kulturotwórczą.

Tylko, że to, co dla jednych stanowi adiaforę, dla innych może już decydować o być albo nie być (status confesionis)

Tak, ale tego też się uczymy. Również u nas dochodzi do napięć, które mogą być też czymś dobrym. Prawdziwy dialog, o którym mówił Levinas, czy Tischner, odbywa się w ten sposób, że człowiek, jak mawiał ks. Tischner, wychodzi ze swojej nory, co uznać można za odwołanie do jaskini platońskiej, trochę się boi, bada grunt, obcego, obwąchuje go i poznaje, że nie jest to jakiś straszny demon tylko drugi człowiek, który ma podobne problemy, pytania, ale trapią go też kwestie inne. Po chwili zaczyna się przyglądać twarzy drugiego człowieka i nagle widzi siebie z innej perspektywy. Gadamer mówi z kolei, że horyzonty w trakcie prawdziwego dialogu zaczynają się zbliżać i pokrywać i to jest właśnie to. Myślę, że studenci, których przyjmujemy ze środowisk charyzmatycznych, luterańskich i baptystycznych, a „nawet” katolickich czy niezrzeszonych na początku „obwąchują się”, widzą problemy, zaczynają się ścierać, ale już na II czy III roku orientują się, że to, co ich różni tak naprawdę ich ubogaca i to właśnie jest fantastyczna możliwość współpracy i funkcjonowania w społeczeństwie, nie bojąc się człowieka. To jest również dobra podstawa do tego, o czym mówi o. Hryniewicz: „Teolog nie może się bać” Zajmuję się teologią Ojców Kościoła i teolodzy wczesnego Kościoła właśnie tacy byli – nie bali się. Byli gotowi ryzykować wszystko.

Ojcowie ukazywani są często jako monolit, a tak naprawdę był to konglomerat zróżnicowanych opinii, nieraz sprzecznych.

Szczególnie ci pierwsi ojcowie, kiedy Biblia nie była powszechnie dostępna, gdyż istniała jedynie w skrawkach, nie można mówić o ortodoksji kościelnej przynajmniej do 325 roku. Wielu z nich było filozofami i kroczyli po omacku, starając się zinterpretować rzeczywistość z perspektywy objawienia, które mieli w szczątkowej formie. I robili to. Uprawiali teologię, przynajmniej w tym ujęciu arystotelesowskim poszukiwania pierwszych zasad i przyczyn, a wśród nich jest ta, która jest absolutnie najważniejsza: pytanie o Boga.

Należy pan do Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego. Jak ewangelikalny chrześcijanin i teolog odnajduje się w tym Kościele, a konkretnie polskiej tradycji luterańskiej?

Bardzo dobrze! Świetny Kościół!

Hurra!

Nie będę ukrywał, że znam różne środowiska eklezjalne. Studiowałem teologię i byłem częścią różnych tradycji – reformowanej i baptystycznej – ale tradycja luterańska jest dla mnie fantastyczną drogą środka, taka via media, między bardziej konserwatywnymi środowiskami protestantyzmu a rzymskim katolicyzmem. Dobrze się tutaj czuję, jeśli chodzi o kontekst społeczny naszego kraju i moje własne doświadczenie przeżywania relacji z Bogiem. Myślę, że Kościół luterański jest na tyle otwartym Kościołem, że pozwala na koegzystowanie różnych form duchowości i to jest piękne.

Biorąc pod uwagę fakt, że na EWST są również studenci wyznania ewangelicko-augsburskiego, to czy szkoła będzie chciała się włączać w dyskusje teologiczne, mające miejsce w Kościele jak np. aktualna dyskusja nt. ordynacji kobiet?

Oczywiście chcemy i już się włączamy się w te rozmowy. Nasi studenci i wykładowcy uczestniczyli w konferencji nt. ordynacji kobiet w maju br. w Warszawie. W EWST jest wiele perspektyw, dotyczących tego zagadnienia. U naszych ewangelikalnych partnerów w Europie Zachodniej czy w Ameryce Północnej ordynacja kobiet jest czyś naturalnym i nie wzbudza większych kontrowersji. Może to jest specyfika naszego kraju, konserwatyzmu Polski, który dotyka różnych środowisk eklezjalnych. Natomiast w szerszej skali to kwestia ordynacji kobiet nie jest aż taką kontrowersyjną sprawą, jakby się mogło wydawać.

Jesteśmy jako luteranie i chrześcijanie różnych wyznań przed bardzo ważną rocznicą 500-lecia Reformacji. Są różne koncepcje obchodów jubileuszu, przede wszystkim w kontekście ekumenicznym (upamiętnienie vs. świętowanie). Jak pan postrzega ten jubileusz – jako szansę czy wyzwanie? Jak EWST próbuje się włączyć w ten jubileusz?

Jedno i drugie! Już w tym roku zaczęliśmy obchody kilku innych jubileuszy – niedawno 70. rocznica śmierci Dietricha Bonhoeffera, obecnie 600. rocznica spalenia ks. Jana Husa na stosie, a w 2017 roku będzie Reformacja. Mamy to wielkie szczęście, że Wrocław zdobył tytuł jednego z reformacyjnych miast Europy. Chcemy się w to włączać z różnymi Kościołami. EWST bardzo dobrze funkcjonuje jako katalizator współpracy między środowiskami tradycyjnymi (charyzmatycznymi, ewangelikalnymi, postcharyzmatycznymi). W maju 2017 roku zorganizujemy szczególne wydanie Festiwalu Kultury Protestanckiej, który robimy co roku. W tym roku mieliśmy Bonhoeffera, w przyszłym chcemy się skoncentrować na muzyce kościelnej, a za dwa lata oczywiście Reformacja, która była czymś wspaniałym, momentem kryzysu, a więc przełomu w historii, kiedy Kościół został zmuszony do tego, aby się zatrzymać przy fundamentalnych pytaniach lub postawić je na nowo. Myślę, że zmiany, które zaszły – a więc wyodrębnienia się Kościołów reformacyjnych, ale też zmian w samym katolicyzmie – były bardzo pozytywne.

Mimo zbliżenia wciąż wyraźnie słyszymy głosy od naszych ekumenicznych partnerów, że nie można świętować czegoś, co doprowadziło do poważnego rozłamu, co skutkowało wojnami religijnymi i separacją. Czy wolno nam świętować?

Tak. Świętować można na różny sposób. To nie musi być rodzaj euforycznego festiwalu. Na gruncie EWST wielokrotnie świętowaliśmy Reformację z udziałem środowisk rzymskokatolickich i prawosławnych, więc myślę, że w odpowiedni sposób możemy to powtórzyć w 2017 roku. Jakiś czas temu mieliśmy w EWST świetną konferencję, na której zaproszonym gościom-profesorom z Kościoła rzymskokatolickiego zadaliśmy pytanie „Jakie są blaski Reformacji”, a profesorom protestanckim „Jakie są cienie Reformacji?” A więc protestanci mieli powiedzieć o problemach Reformacji i negatywnych efektach, a bracia z Kościoła rzymskokatolickiego musieli mówić o pozytywach. To był bardzo dobry czas. Ruch ekumeniczny działa na różnych płaszczyznach i na różny sposób można go zdefiniować. My uczestniczymy w nim jako uczelnia na płaszczyźnie akademickiej. Tutaj we Wrocławiu ekumenizm oddolny na płaszczyźnie wiernych też ma się bardzo dobrze. Nie ma problemów, aby wierni różnych tradycji uczestniczyli w nabożeństwach innych Kościołów, jednak przyznać trzeba, że to, co rozwija się wolniej to ekumenizm formalny, ekumenizm władz Kościołów. Tutaj są kwestie wymagające szerszego i głębszego namysłu.

Jakie są największe wyzwania, stojące przed teologią chrześcijańską?

Sprowadzenie teologii na ziemię. Kiedyś na targach i ulicach dyskutowano o formułach teologicznych i dogmatach. Były one rozumiane przez przeciętnego człowieka, były dyskutowane i budziły emocje. Współczesny świat zachodni przeżywa sekularyzację, która nie przez wszystkich teologów traktowana jest negatywnie. Chrześcijaństwo niekoniecznie jest religią, która u swych źródeł jest nastawiona na masowość. Społeczeństwo dorasta i wyciąga konsekwencje z przełomu kopernikańskiego, hermeneutyki Kartezjusza, filozofii Kanta oraz tragedii XX wieku, dostrzegając, że niekoniecznie musi się wysługiwać „hipotezą Boga”, aby ten świat wytłumaczyć. Może to jest naturalne. W starożytności Bóg był wszędzie, struktura społeczna była wręcz teokratyczna. Dzisiaj ten świat jest świecki i musimy sobie z tym radzić.

Dziękuję za rozmowę.

_______________________________

dr hab. Wojciech Szczerba – absolwent Biblijnego Seminarium Teologicznego we Wrocławiu (1994) i Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie (1996). W roku 2000 uzyskał stopień doktora a w 2009 roku – doktora habilitowanego w zakresie filozofii na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Wrocławskiego. Żona Magdalena, dwoje dzieci. Jest członkiem Parafii Ewangelicko-Augsburskiej Opatrzności Bożej we Wrocławiu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Aby wykorzystać treść lub jej fragmenty należy otrzymać pozwolenie redakcji!